| |
|
|
Walentynki...
Echh… to nie tak miało być…
Miałem przyjechać do Pozka w środę rano, zabrać Ririkę na wczesną kolację (specjalnie nie piszę romantyczną, bo nawet w najśmielszych marzeniach boję się tak pomyśleć), potem poszlibyśmy do mnie i oglądalibyśmy filmy do późnego wieczora, na koniec spacerek Dębcem do autobusu (Dębiec generalnie sam w sobie zdaje się wykluczać jakikolwiek romantyzm, chyba że ktoś uważa że stado drechów gapiących się krzywo na mnie jest romantyczne, wtedy to już inna zabawa) i kolejna bezsenna noc w moim wykonaniu echhh… tak chciałem spędzić walentynki, ALE NIE WYPALIŁO. Jak je spędziłem? Cóż, siedząc w domu i oglądając razem z moją rodzicielką kolejny odcinek serialu sensacyjnego pt. „eM jak miłość”, a w nim kolejne sensacje – ojciec Kamila umawia się z Madzią na randkę i… chyba jej się to podoba. Kamil wściekły i pijany (jak zwykle?) robi zamieszanie wszędzie gdzie tylko może (zachowuje się jak typowy nieszczęśliwie zakochany gówniarz?) . Cóż, taki już los nieszczęśliwie zakochanego samca – przygnębiające. Nie mogłem znieść tego widoku, nie tego dnia (tak jak często nie mogę znieść tego serialu, choć nie mam większego wyboru, bo po pierwsze to poza „Na dobre i na złe” jedyny serial jaki Mama nałogowo ogląda, więc nie mam sumienia jej tego wyperswadować. Po drugie mamy raptem 3 kanały, z czego jeden to Polsat. Nie ma co – multimedialna rozrywka dla całej rodziny.) i zabrałem się za namiętne studiowanie stosunków japońsko – japońskich, oraz rozkładanie jednostki rodzinnej przeciętnego japończyka z roku 1944 pod kątem jej on i giri (nie to nie do jedzenia, a szkoda). Coś mi jednak nie szło, bo szybko przerwałem. Potem film… nie znam tytułu, a i fabule się dobrze nie przyjrzałem, bo odleciałem gdzieś myślami. Nie wspominam gdzie, bo generalnie ostatnio staram się odganiać wszelkie złe myśli atakujące mnie stadami, efekty są dość różne. ok 22:30 z pracy wrócił Ojciec. Ja do wanny. W wannie ułożyłem monolog przynajmniej na 3 – 4 kartki A4. Z nadzieją, że zapamiętam coś z niego do jutra. Psychoanaliza jakaś, czy cuś? Znowu te myśli, ciepła woda źle na mnie działa (choć niektóre aspekty obcowania z nią są nader przyjemne). Jak ja się cieszę, że Tata nie może zajrzeć do mojej głowy. Od razu by mnie na badania wysłał. Nie ma to jak mieć pedagoga w rodzinie – uraz do końca życia ^_^. Oczywiście teraz prawie nic nie pamiętam z tego co sobie w wannie wydumałem - efekty ciepłej wody czy jak? Jak przez mgłę widzę tylko wynik… sypię się – jak zwykle, zatem nic nie odbiega od normy. Wracając do spotkania z Ririką. Wydarzenia ostatniego weekendu popsuły mi trochę walentynkowe plany. Nawet bardzo. W ogóle je uniemożliwiły? Zostawię sobie jednak tę kapkę optymizmu. Nie wiem za bardzo co sobie myślałem, gdy zastanawiałem się nad spędzeniem wspólnie tego dnia. Oboje mamy do tego święta niecodzinny stosunek. Ja nawet bardzo. Generalnie raz tylko spędziłem 14 – go lutego z osobnikiem płci przeciwnej, ale jej nie kochałem, heh. Mimo wszystko było nieźle… tak mi się przynajmniej wydawało. Dzień ten kojarzy mi się jednak bezwzględnie z brakiem chęci wstania z łóżka, o wyjściu gdzieś na miasto nie wspomnę. Z dyskryminacją tych, co to nie idą pod rękę, czy nie całują się namiętnie w każdym możliwym miejscu publicznym, żeby obwieścić światu swoje żarliwe uczucie. Kojarzy mi się też z dołami niczym głębia Bajkału i retrospekcjami pt. czemu mi się k**a w życiu nie udało? czemu znowu jestem sam? przecież minął rok, kolejny rok. Taaa uwielbiam walentynki tylko, że trochę inaczej niż wszyscy. Zdaje się, że oboje mamy podobne doświadczenia. Pomyślałem sobie, że to byłoby miłe – spędzić ten wieczór nie samemu, ale z kimś bliskim, rozmawiając, śmiejąc się… . Nie wypaliło. Ciekawe czy by się na to zgodziła? Po tym, co zrobiłem w ten weekend nie śmiałem nawet o to pytać. Jestem już w Poznaniu. Wcinam ser w ziołach, który moja Mama z uczuciem kupiła dla mnie w markecie koło domu i robię remanent w paczce fajek. Dupa, a nie walentynki. Generalnie dupa. Dupa.
kumo 2006-02-16 01:29:02
skomentuj (5)
|
|
|